15 49.0138 8.38624 arrow 0 both 0 4000 1 1 horizontal https://www.mylittleants.pl 300 1
sticky-logo

Chora dwulatka ze skorpionem w tle

15 marca 2016

Dopadło nas. Długo się udawało, ale w końcu przyszła i pora na Mrówę. Dopadł nas katar, kaszel i słabe samopoczucie. W połączeniu z charakterem MyLittleAnt i kolorem jej włosów, który jest najwyraźniej połączony z charakterem owe samopoczucie dało mieszankę ciężką do przeżycia dla pragnących spokoju ludzi. Możecie jeszcze dorzucić skorpionowe cechy zodiakalne i macie samobieżną, uroczą, ale baaardzo wybuchową jednostkę. 

Zaczęło się od skoku temperatury do oszałamiającego 37,7° C, a później okresowo również do ponad 38°. Wysoka temperatura przełożyła się na delikatny spadek żywiołowości MyLittleAnt, ale za to doprowadziło do stanów lękowych nas rodziców. Zostala zakupiona cała bateria syropków i ostatnio gadżet numer jeden, termometr zbliżeniowy. Urządzenie wyrabia jakieś 300% normy, bo jako nowi w tej sytuacji musimy kontrolować każdy moment chorowania MyLittleAnt, przez cały dzień zastawiałem się na ile wystarczą baterie w tym urządzeniu.

Następnie pojawił się katar. Całe mnóstwo kataru. W pewnym momencie mieliśmy górę chusteczek zasmarkanych przez Małą Mrówę. Katar to jak wiadomo jest w takim chorowaniu najgorsze. Po pierwsze nieustanne nie dotlenienie powoduje podenerwowanie i zmulenie jednocześnie, po drugie jak coś cieknie z nosa nieprzerwanie to się najzwyczajniej można wściec. No i się się wściekła.

Jeden z najbardziej rozpowszechnionych stereotypów to chory facet. Każdy przy minimalnie wyższej temperaturze jest już umierający i leży pod kołdrą przed telewizorem, a na stoliku kawowym/taborecie stoi zimna już herbata z cytryną i paczka zużytych chusteczek higienicznych. Każdy ruch w pobliżu kończy się okrzykami, żeby wiatru nie robić, bo zimno i dreszcze.

Teraz wyobraźcie sobie małe dziecko z dużą ilością energii, wybuchowym charakterem przy pierwszej chorobie w jej życiu. Marudzenie faceta to lekka przygrywka i wersja BETA chorej dwulatki.

Zaczyna się z samego rana. Syropki. MyLittleAnt dostaje trzy: na kaszelek, na wzmocnienie i na katar. Rano nie chce żadnego, bo tata chce dać, a MyLittleAnt krzyczy, że mama musi dać. No to mama podaje i jest ok. Trzy syropki łyknięte.

Kolejna dawka za 4-5 godzin.

Kolejna dawka, ale nie kompletna… niestety. Teraz trzeba wziąć syropek na wzmocnienie i kaszel. Ten na katar tylko rano i wieczorem. Takiego krzyku i żalu nie pamiętam w wykonaniu MyLittleAnt. Nie powoduje to najmniejszego podenerwowania, a tylko chce mi się płakać razem z dzieckiem, bo ono takie biedne. Wpadam na genialny pomysł! Podzielę łyżeczkę jednego z syropków na dwie połówki i udamy, że to trzy syropki…

W tym miejscu przypomniał mi się cytat:

Niebo nie zna wściekłości takiej, jak miłość w nienawiść zmieniona, ni piekło nie zna furii takiej jak kobieta wzgardzona
William Congreve

Odnośnie tej furii… wzgardzona kobieta uciekłaby z krzykiem, przed Małą Mrówą, którą tata próbował oszukać połówką łyżeczki syropu na wzmocnienie.

No tak. Małe dziecko to nie mała inteligencja. Przecież to była ta sama buteleczka ona chce jeszcze to na katar! Po jakichś 20 minutach negocjacji i przekonywanie udało się. Przekonałem Mrówę, że ten trzeci syropek będzie na wieczór.

Kosztowało mnie to dwie Maltanki i dwa ptasie mleczka. Najtrudniejszy dzień w moim życiu. A to była dopiero 13…

Później przyszła pora na zabawę. Moja córka jest bardzo kreatywnym dzieckiem i postanowiła pobawić się z psami. Będzie je prowadzać na smyczy po całym domu. Fajnie było jak psy chodziły. Rozpacz się zaczynały jak pieski już nie miały siły i zaczęły się kłaść na podłodze. Ale zaraz można było odciągnąć uwagę wyjściem na spacer, bo tam można tropić inne zwierzątka. Dawka świeżego powietrza miała pomóc na senność.

Po powrocie znowu małe tornado. Zaproponowaliśmy drzemkę, bo jak ktoś jest chory to wraca do formy jak śpi. Tyle, że dzieci mają odmienne zdanie na ten temat i spać nie będą! Oczywiście wylewając przy tym morze łez i zużywając kolejną paczkę chusteczek. I tym razem się dogadaliśmy. Koniki na Youtubie, ale tylko dwa, bo później tata będzie oglądał mecz… jasne. Troszkę meczu, troszkę przewijania MyLittleLeo.

Przed przerwą meczu będziemy jeść rosołek. Ten sam. Z tego samego talerza, co tata, bo przecież w miseczce dla Małej Mrówy jest zimny, a jak wiadomo zimny rosołek nie pomaga na zdrowie. Ten tatowy, ciepły pomaga. Albo nie, ten też nie pomaga, bo już nie jest ciepły po tej akcji z przewijaniem. Pomagają tylko… syropki. Po syropkach na rączki i odpływa się w zasadzie przy pierwszych krokach.

Mimo, że ten dzień był tak wymagający, mimo, że nie wykonałem zaplanowanego treningu biegowego, mimo, że padałem już na twarz to czułem, że pomagam mojemu dziecku przetrwać jej słabszą formę. Mam nadzieję, że dałem radę. I że sam nie ulegnę ostatniej „modzie” na chorowanie

Nie przegap jeszcze: Project52 – Tydzień 9 i 10