Trip do Gdańska, czyli jak daleko Mrówy dojadą

Pierwsza długa podróży naszych Małych Mrów za nami. Wykorzystując zawodowe spotkanie w Trójmieście pojechaliśmy na weekend do Gdańska. Wyjazd był debiutem w kilku aspektach. Po pierwsze nasze dzieciaki nie jechały ponad 650 km w jedną stronę nigdy wcześniej. Po drugie byliśmy pierwszy raz gośćmi w czyimś domu za pośrednictwem AirBNB. Genialny patent na nocleg. Dzięki świetnej lokalizacji zrealizowałem biegowe marzenie z bieganiem po plaży (mimo, że to listopad, ale to temat na mojego-mojego bloga).

Mrówy zniosły podróż nadspodziewanie dobrze i praktycznie obyło się bez kryzysów. Nie nastawiałem się, że to będzie łatwa droga, bo Mrówy w takich statycznych czynnościach jak siedzenie potrafią dać czadu i utrudnić wiele czynności z oddychaniem i mruganiem włącznie. Tym razem byli mega spokojni i potrafili wykorzystać podróż do zabawy. MyLittleAnt potrafiła brata zabawiać rozmową i  powtarzaniem po niej słów… żebyście usłyszeli ten śmiech 😀 najbardziej zaraźliwy jaki słyszałem.

W Gdańsku zastała nas lekko chłodna pogoda, która nie zachęcała do wielogodzinnego siedzenia na placu zabaw na plaży, ale to nie przeszkadzało dzieciakom w bieganiu po nim. Pierwszy kontakt z morzem (wiem, że to zatoka, ale nie oto tu chodzi) MyLittleAnt to wspinanie się po statku pirackim… a MyLittleLeo, jak to on zaczął rzucać w nas piachem. Zaskakująco dużo piesków na plaży tylko ośmieliły dzieciaki do zabawy. Po plaży przyszła też pora na obiad… postanowiliśmy się wybrać do GDY-50… w życiu bym nie pomyślał, że posmakuje mi smażona ryba, ale ta była na prawdę świetna… po powrocie do Lublina wpadłem na to, że nie zrobiłem Barowi Pomorza zdjęcia. To dlatego, że musiałem albo nosić którąś Mrówę albo uważać, żeby nie wpadła do wody, bo temu małemu mrówczemu dziecku różne pomysły mogły wpaść do głowy. Wieczorem na padnięciu wybraliśmy się na kawę i ciastko, ale to nie była specjalnie udana wyprawa… siła niszczycielska obu Mrów była zbyt duża jak na mały lokal do którego trafiliśmy. Właściciel lokalu nie dał poznać po sobie, że dzieciaki go wkurzają, więc nie mamy wyrzutów sumienia 🙂

Poniedziałek to dzień spotkania zawodowego mojej żony, więc z dzieciakami mieliśmy cały dzień na znalezienie plaży i zobaczenie kutrów… gdybym był mega zorganizowany to bym wszystko zaplanował, ale… Mieliśmy pojechać do Władysławowa, gdzie 20 lat temu byłem na koloniach, ale tak jechaliśmy do plaży, że dojechaliśmy najpierw do Cetniewa, a później do Jastrzębiej Góry. Z racji tego, że byłem sam to nie miało sensu spacerować po opustoszałej Jastrzębiej Górze tylko zapakowaliśmy się do samochodu i przejechaliśmy cały półwysep helski, bo w Helu na pewno pójdziemy na plaże i nad otwarte morze… Dzieci z tatą na wakacjach… co mogło pójść nie tak?

Znaleźliśmy parking, oznaczone wejście na plaże i poszliśmy. Tylko, że to był najdalej położony parking od plaży jaki kiedykolwiek widziałem. Z dwoma małymi Mrówami, które nie miały siły iść, a ja nie miałem siły ich nieść zabłądziliśmy na wydmach, chcąc skrócić sobie drogę. Morza nie zobaczyli, na plaży nie byli, ale byli tak zadowoleni, że nawet mój zawód, że nie dałem rady ich zabrać na plaże zniknął. Odebraliśmy mamę ze spotkania i poszliśmy na pizzę do Oliwa do ognia. Fajna miejscówka taka bez napinki z dobrą pizzą. Dzieciaki zadowolone i najedzone mogły wrócić do domu.

We wtorek przed samym wyjazdem musieliśmy jeszcze zahaczyć o plażę w Jelitkowie, pozbierać muszelki i pożegnać się z morzem, piaskiem, mewami i statkami. Piękne miejsce, które kupiło mnie w całości. Wrócimy tam jak będzie cieplej.

Baterie naładowane.